„Kiedy zbliżały się trzynaste urodziny Janka, przystąpił on do Pierwszej Komunii Świętej. Uczestników uroczystości zdziwiło jego niesforne zachowanie. No może nie byli bardzo zaskoczeni, bo młody syn państwa Jordanów miał żywy temperament i często psocił. (…) W czasie uroczystości komunijnej proboszcz surowo upomniał Janka za jego zachowanie, ale chłopiec tłumaczył się, że nie miał innego wyjścia, bo nad jego głową krążył biały gołąb, który później odleciał do niego. (…)Przyjęcie Pana Jezusa do serca i spotkanie z białym gołębiem bardzo odmieniły Janka. Przestał płatać figle i często chodził do lasu, gdzie spędzał dużo czasu na rozmyślaniach.”
Zawsze, kiedy w liturgii słowa słyszę o Jana Chrzcicielu nad Jordanem, moje myśli od razu kierują się ku założycielowi Towarzystwa Boskiego Zbawiciela — Janowi Chrzcicielowi Jordanowi. Dzieje się tak nie tylko ze względu na imię, a dziś nie tylko ze względu na białego gołębia symbolizującego ducha świętego. Chodzi o posłannictwo i prowadzenie ludzi ku Chrystusowi. Jan Jordan (później Franciszek) z głębi serca pragnął zbawienia dla wszystkich i dlatego jako przewodnie hasło towarzystwa ustanowił: „Dopóki żyje na świecie choćby jeden tylko człowiek, który nie zna i nie kocha Jezusa Chrystusa, Zbawiciela świata, nie wolno ci spocząć”. Ta płomienna gorliwość, to gorliwość Jana Chrzciciela, który całego siebie ofiarował Prawdzie. Cel, jakim jest zbawienie i głoszenie Królestwa Bożego było dla niego priorytetowe i ważniejsze niż jego własne życie. Podobnie Jordan doszedł do przekonania, że misja założenia zgromadzenia jest większa niż on sam. Przekonany, że dzieło powstanie z nim lub bez niego, postanowił, że swoim życiem osobistym podąży za wolą Bożą i wszystko, czego się podejmie, będzie w Bogu, dla Boga i dla zbawienia dusz.
Sakramenty to widzialne znaki niewidzialnej łaski Bożej. Są bezinteresownym darem dla człowieka. W przypadku Janka znak był podwójnie widzialny i choć z początku nie do końca rozumiał jego znacznie, to miał on wpływ na całe jego dalsze życie. Znaki nie są czymś, czego powinniśmy się spodziewać, ale zdarzają się po to, by napędzać nas w działaniu, ukierunkowywać, potwierdzać wiarę, zasiewać ziarno przyjaźni i poznania między nami a Bogiem. To szczególne chwile łaski, do których możemy wracać w chwilach zwątpienia i ciemności. Często są całkiem niespektakularne, ale wywołują w duszy to drżenie, którego nie sposób zignorować, ani go zapomnieć. To muśnięcie ludzkiego serca przez Boga. Delikatne, a tak potężne!
Prowadzenie ludzi do Chrystusa wymaga z jednej strony wyjścia na światło, głoszenia, dawania świadectwa, bycia tym „głosem wołającego na pustynii”, z drugiej, paradoksalnie, pozostania w cieniu, trwania na drugim miejscu, bo Bóg jest zawsze na pierwszym, przypominania, że nie jest się godnym odwiązania rzemyka sandała u stóp Tego, który przychodzi. Może dlatego bł. Franciszek Maria od Krzyża Jordan pozostaje nieco w cieniu. Nadal cichy, skromny i nieznany, chociaż ślady i owoce jego działalności do dziś zmieniają życie wielu. Warto zapoznać się z jego szczególną biografią i zapoznać dzieci z niesfornym chłopcem, który dzięki współpracy z Bożą Opatrznością połączył swoje talenty z misją, narodził się dla Nieba i innych do niego prowadzi.



