Naśladować Jezusa. Być jak Jezus. Do tego jesteśmy powołani, jako stworzeni na właśnie Jego obraz i podobieństwo. Ale często wydaje się nam, że Jezus jest dla nas nieosiągalny, że Jego przykład nas przekracza, a wymagania, które nam postawił, są… niedzisiejsze. Tomasz a Kempis przypomina nam na każdej ze stronic, że Bóg nie jest Bogiem abstrakcji, nie jest oderwany od rzeczywistości. Jego wolę możemy realizować na co dzień, a Jezus jest nam drogowskazem i pomocą w każdym utrudzeniu i dylemacie.
„Gdy tylko zaufasz Bogu, otrzymasz moc z nieba, a świat i ciało poddadzą się twej władzy.”
„Istnieje niejedno dzieło teologiczne głębsze i wytworniejsze do formy niż „O naśladowaniu Chrystusa”, ale nikomu nie udało się tak po mistrzowsku i tak zwięźle rozwinąć prawdy ewangelicznej i dać jej praktyczne zastosowanie w życiu, uwypuklając równocześnie Jezusa Chrystusa jak jedyny i najwyższy ideał w dążeniu człowieka do doskonałości. Głęboka znaność człowieka, mądrość życiowa i żarliwa pobożność przebijająca z kart tej książeczki decydują niewątpliwie o jej przydatności i ciągłej aktualności.” (Ze wstępu)
„Kto zaś nie trzyma serca na wodzy i Boga nie ma przed oczami, tego łatwo porusza słówko nagany.”
Nosili ją przy sobie wielcy święci. Karmili się zawartymi w niej „ziarnami mądrości” jak codziennym chlebem, każdego dnia wzrastając ku Bogu. Książeczka jest ponadczasowa, obok Biblii stanowi najbardziej rozpowszechnioną i częstokroć wznawianą publikację duchową. Nie zawiera prawd abstrakcyjnych i odrealnionych pouczeń. Jej przesłania i pouczenia są mocno osadzone w codzienności, a konkretne wskazania pomagają trwać na ścieżce Jezusowej.
„Jakże inna, zasadniczo inna jest słodycz Stwórcy a stworzenia, słodycz wieczna a doczesna, jasność światłości niestworzonej a jej odblask.”
Po co nam kolejne wydanie, skoro na rynku jest pełno publikacji tego dziełka? Wyd. Na Jej głowie zawsze sięga po perełki i wydobywa z przeszłości skarby największe – tak też jest tym razem. Publikacja jest tłumaczeniem o. Władysława Lohna SJ z 1949, a wydanym w 1972 roku. Kim był o. Lohn?
„W 1940 roku udał się do Oświęcimia, aby odwiedzić, pocieszyć i podnieść na duchu pierwszych jezuickich nowicjuszy, zesłanych do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Nie został jednak wpuszczony na teren obozu. Nie rezygnując z zobaczenia braci, przedarł się do środka i podążył do swoich. Został schwytany przez strażników i przyprowadzony do komendanta Rudolfa Hossa. Los jezuity wydawał się przesądzony. Inne były jednak plany Boże. Doskonała znajomość języka niemieckiego zrobiła podczas przesłuchania takie wrażenie na komendancie, że postanowił uwolnić o. Lohna.
Po kilku latach doszło do ponownego spotkania, które okazało się zbawienne dla jednego z największych nazistowskich oprawców. Po przegraniu wojny przez hitlerowskie Niemcy, Hoss skazany został wyrokiem Trybunału Międzynarodowego w Norymberdze na śmierć przez powieszenie. Trafił przed polski wymiar sprawiedliwości. Przebywając w więzieniu, czekając na wykonanie wyroku, były komendant obozu zagłady, namówiony przez znajomego, postanowił porozmawiać z księdzem. Poprosił o spotkanie z o. Władysławem Lohnem, którego nazwisko utkwiło mu w pamięci.
10 i 11 kwietnia 1947 roku o. John przyjechał do więzienia. W pierwszym dniu przez długie godziny rozmawiał z Rudolfem Hossem, a następnie przyjął wyznanie katolickiej wiary, wysłuchał Spowiedzi świętej i udzielił rozgrzeszenia. Kolejnego dnia przyniósł więźniowi wiatyk.” (Ze wstępu)
„Jeśli zaś nie mamy pociechy Bożej lub rzadziej ją odczuwamy, nasza w tym wina; nie staramy się bowiem o skruchę serca i nie odrzucamy całkowicie rzeczy próżnych i zewnętrznych.”


