„Maryja drogą do Jezusa”, albo „wypaczona pobożność maryjna” – do dwa końce kija, a ten drugi koniec jest czasami tematem burzliwych rozmów. Dobrze, bo warto werbalizować również to, co jest dla nas trudne, by przyjrzeć się temu w świetle. Nie jest przecież tak, że wszyscy uwielbiają różaniec i godzinki. Dla wielu są to nabożeństwa trudne, niezrozumiałe lub nużące. Objawienia poddają wątpliwościom. A ilość różnych „twarzy” Maryi jest dla nich przesytem.
Może być jednak tak, że ów trud nawiązania relacji z Maryją, jest efektem niezrozumienia, braku poznania prawdziwej twarzy Matki Bożej i uporządkowania w sobie tematu. Zrozumieć rolę Maryi w historii zbawienia, to nie jest sprawa opcjonalna. Tak, mamy zawsze iść ku Jezusowi, ale trwać przy Jezusie, to również trwać przy Jego Matce. Dlaczego? Bo kiedy umierał na krzyżu, dopełniając swoją misję zbawczą, spojrzał na Matkę i Ucznia, i powierzając ich sobie nawzajem, dał początek Kościołowi.
Patrząc na wiarę i życie takich świętych jak Maksymilian Maia Kolbe, o. Pio, Dominik, Jan Paweł II, bł. Bartolo Longo czy bł. Franciszek Maria Jordan, widzimy żywe świadectwo relacji pełnej miłości, a także ilustrację prawdy: „Maryja drogą do Jezusa”. Kiedy bowiem Jezus wydaje się milczeć, gdy czujemy się słabi, gdy przygniata grzech, pokusy się nasilają, to Maryja właśnie, jako najczulsza Matka prostuje naszą drogę i upewnia się, że wejdziemy na tę, prowadzącą do Jej Syna.
Duchowość Maryjna i dla mnie długo była niezrozumiała. To, co jednym przychodzi naturalnie i było niejako wpojone od małego, ja musiałam odkrywać na nowo i budować relację stopniowo. Dobrym przewodnikiem jest tu właśnie o. Jordan, który od dzieciństwa wiedział, że w ręce Maryi można oddawać wszystkie sprawy. Gdy nie widział światła, szedł do Niej. Gdy tracił pewność, wołał do Niej. Gdy ogarniało go przygnębienie, trwał przy Niej. Aż w końcu, jak wielu świętych kochających Maryję, zakończył życie w dzień Jej święta – 8 września – święto Narodzenia NMP.
Na koniec podzielę się z wami tym, co usłyszałam niedawno od pewnego karmelity: „Pan Jezus ma słabość do Matki Bożej i św. Józefa – na tym się opieramy – jak to ujęła św. Teresa: >Trzeba chwytać Pana Boga za serce, to Jego słaba strona<”.
Mamy październik – miesiąc różańcowy. Nie jest ustanowiony po to, by jedynie w tym okresie chwytać różaniec i cierpieć katusze, klęcząc pół godziny każdego dnia. Jak każdy okres liturgiczny jest nam dany po to, byśmy ponownie przeżyli pewną tajemnicę, byśmy otworzyli się na poznanie jej na nowo, przyjęli ją w otwartości i zapytali samych siebie: na ile to dla mnie ważne i dlaczego, jak to we mnie owocuje i czy w ogóle, czy pozwalam sobie na zrozumienie i ukochanie danej tajemnicy. A jeżeli to dla nas z jakiegoś powodu trudne, czasami wystarczy być i westchnąć: „O Maryjo, ukaż mi wolę Twojego Syna! W pokorze proszę Cię z całego serca.”

