Być poetą to patrzeć na świat oczami nieustannego zachwytu i znajdować słowa, które ten zachwyt zobrazują innym. To dostrzegać więcej i przeżywać mocniej. To płonąć z miłości i tonąć z żalu. Być poetą życia. To wszędzie widzieć Boga i całym sobą świadczyć o tym nieustannym dostrzeganiu. To być obiema nogami na ziemi, a jednocześnie już sercem w niebie. Gorliwość życia i pragnienie wieczności. Wdzięczność za wszystko, radość i cierpienie. Życie tak, by każdy dzień był cudem, ale nie dlatego, że jest zawsze różowe, radosne i pozbawione krzyża. Przeciwnie. Poeta życia idzie tam, gdzie posyła Bóg, przyjmuje to, co daje Bóg i odrzuca to, co od Niego oddala, a dzięki temu, że żyje w łasce Jego miłości, żyje pełnią życia.
Łatwo przywiązujemy się do naszych wyobrażeń o świecie i nas samych. Trwamy w tym, co znamy nawet wówczas, kiedy jest to dla nas szkodliwe lub już nierozwojowe. Zmiana lub myśl o opuszczeniu sfery komfortu wywołuje w nas lęk, bo z reguły boimy się nieznanego, boimy się utraty kontroli. Takim myśleniem jakże ograniczamy Boga. Czy nie jest On wszechmogący? Czy nie przemieniał serc zimnych w gorejące, a tchórzliwych w heroiczne?
Najpiękniejsze rzeczy w moim życiu wydarzyły się wtedy, kiedy odkładałam na bok własne przekonania i podążałam tam, gdzie prowadził Bóg. Każdorazowo były to lekcje ufności. Trudne lekcje wiary. Ale za każdym razem to, czego doświadczam w takich sytuacjach, co otrzymuję i czego się uczę, okazuje się piękniejsze, bogatsze i obfitsze niż się spodziewałam. „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują.” (1Kor 2,9)
Tym razem było podobnie. Zaproszenie do Lasek przyszło niespodziewanie, a propozycja, by powiedzieć świadectwo przed siedemdziesięcioma obcymi kobietami zabrzmiała absurdalnie. Jeszcze parę lat temu na taką propozycję powiedziałabym zdecydowane „nie”. Ale wyobraźcie sobie, jak potoczyłyby się wszystkie najwspanialsze historie (te prawdziwe i te fikcyjne), gdyby bohater nie przyjął zaproszenia, by wyruszyć w podróż. Tu nawet nie chodzi o wspaniałe przygody, ale o dobro, które by się nie wydarzyło, gdyby bohater nie podjął ryzyka. Bo tak naprawdę w tych historiach nie chodzi o samego bohatera, a o to, co on po drodze sieje, co zmienia, czego się uczy i czego spotkanie z nim uczy innych. Wspólne dobro i wzrastanie.
„A kiedy nawrócicie się do Niego całym sercem i duszą,
aby przed Nim postępować w prawdzie,
Wtedy i On do was się zwróci
i już nigdy nie zakryje przed wami swojego oblicza.
A teraz rozważcie, co wam uczynił,
i dziękujcie Mu głośno.” (Tb 13)
Zaproszenie przyjęłam nauczona doświadczeniem, że Bóg, kiedy nas do czegoś zaprasza, to zawsze szykuje nam więcej i piękniej niż się spodziewamy. Podobnie jest w poezji – bywa ryzykownym żaglowanie słowami, szukanie nieoczywistych metafor, by wyrazić to, co wydaje się niewyrażalne. Możemy zostać źle zrozumiani, albo sami się pogubić. Ale kiedy znajdzie się odpowiednie słowa, a metafora jak szkło powiększające uwypukli to, co dotąd było niedostrzegalne, zaczynamy rozumieć, jakie bogactwo ukryte jest w każdym skrawku życia. Jakie piękno znajduje się w historii każdego z nas. I jak niepowtarzalnie, a jednocześnie jakoś tajemniczo rozpoznawalnie działa i objawia się Bóg w życiu każdego, kto sercem Go szuka i duszą tęskni do Niego.
W dniu wyjazdu, wracając z porannej Mszy Świętej znalazłam na chodniku obrazek z Przenajświętszym Sercem Jezusa i aktem zawierzenia. Pamiętając, że Magdalenka (organizująca spotkanie) i Paweł (jej mąż) pracują w apostolacie Serca, przyjęłam to niecodzienne znalezisko jako potwierdzenie, że słusznie robię przyjmując zaproszenie. Naiwnie? Może. Ale gdy na zakończenie rekolekcji Magdalena rozdała wszystkim uczestniczkom obraz Przenajświętszego Serca z tym samym aktem zawierzenia, zrozumiałam, że te dni rzeczywiście były zanurzone w Jego sercu. On zaprosił. Poprowadził. Otoczył miłością. I zawsze tak otacza – nawet, kiedy my sami błądzimy pogubieni i głupi. Teraz to wiem, ale nie wiedziałam piętnaście lat temu, kiedy jako osoba żyjąca poza Kościołem, przyjmowałam od mojego partnera pierścionek zaręczynowy przed drzwiami paryskiej Bazyliki Najświętszego Serca. A był czerwiec.
Z Lasek wróciłam z wdzięcznością za to, jak pięknych ludzi stawia Bóg na mojej drodze. Kiedy ja sama czasami w najmniejszym stopniu nie wiem, czego potrzebuję, On zdaje się mówić: „Chodź. Pokażę ci, gdzie mieszkam”, bierze za rękę i jak niewidomego prowadzi tam, gdzie mogę odpocząć i orzeźwić duszę. Mądry i czuły Pasterz, który wie, gdzie przynależę, wie, gdzie jest dla mnie najlepsze miejsce. Taka ta Jego miłość wszystkich dla wszystkich.























