Rozpoczął się sezon komunijny! Radość ogromna, bo tyle dzieci po raz pierwszy w życiu doświadczy łaski pełnego uczestnictwa w ofierze Mszy Świętej! Ale czy radość to jedyna emocja, jaka nam w tym okresie towarzyszy? Ośmielę się zaryzykować nawet stwierdzenie, że ta czysta radość z duchowych powodów bywa całkiem nieobecna, a często zastępują ją stres i płytka ekscytacja.
Stres wiąże się oczywiście ze sprawami organizacyjnymi, żeby przyjechali spodziewani goście, by fryzura się udała, by teściowa była zadowolona, by każdy siedział w najlepszym miejscu w kościele, by kościół był wystarczająco ładnie przyozdobiony i dobrze prezentował się na zdjęciach, by jedzenie na przyjęciu wszystkim smakowało, by mie trzeba było płacić za pusty talerzyk i by dziecko było zadowolone z prezentów… O zgrozo! Oczywiście kwestie organizacyjne są ważne, ale warto rozpocząć przygotowania od jednego najważniejszego pytania: po co to wszystko? Po co Pierwsza Komunia Święta?!
Jeśli to właśnie pytanie postawimy w centrum i znajdziemy prawidłową odpowiedź, to okaże się, że zniknie stres organizacyjny, a pozostanie wyłącznie radość, która będzie trwalsza niż ekscytacja z oczekiwania na prezenty.
Jeśli zrozumiemy, że Pierwsza Komunia Święta jest po to, by prowadziła do kolejnych Komunii, by życie naszego dziecka było życiem Eucharystią, wtedy prawidłowo ukierunkujemy zarówno nasze emocje, jak i nasze działania.
Nie jest łatwo – wiem. Byłam tam dwa razy. Dwa razy walczyłam o to, by zachować wierność prawdzie, nie pójść ze zwodniczym nurtem i nie ulec presji otoczenia. Dwa razy przygotowywałam dzieci na to, że po uroczystości i po powrocie do szkoły spotkają się z porównywaniem prezentów i ilością zebranych pieniędzy. Dwa razy dbałam o to, by nie zachowywały się w kościele jak (hałasująca i rozgadana) reszta rówieśników. I dwa razy tłumaczyłam rodzinie, czego sobie nie życzymy i dlaczego nie, trafiając przy tym do szuflady osób „dziwnych”.
Wychowujemy nasze dzieci do życia wiarą i wychowujemy je przykładem. Jeżeli tygodnie przed uroczystością są wypełnione bieganiną, rozmowami o prezentach, wiszeniem na telefonie, zakupami… a brakuje przy tym czasu na: wspólną modlitwę, Mszę, adorację i nabożeństwa, wspólną pobożną lekturę, rozmowę o tym, co ma się wydarzyć, wspólnie odmawianą nowennę na dziewięć dni przed uroczystością, to znaczy, że zapominamy o najważniejszym.

Tak, Pan Jezus przychodzi w Eucharystii niezależnie od tego, czy jesteśmy na Niego przygotowani czy nie, ale Jego przyjście to jedno, a nasze przyjęcie Go to drugie. Przyjście bez przyjęcia uniemożliwia korzystanie z łaski, a w skrajnych przypadkach, gdy przyjęcie jest niegodne, może prowadzić nawet do grzechu (tak, kładę przed Wami to straszne słowo, na które coraz więcej ludzi się jeży).
Towarzyszenie – to coś, czego nie zastąpi dziecku żadne inne nasze działanie, żadna organizacja ani prezenty. Z tego wszystkiego radość może być wielka, ale będzie powierzchowna i bardzo ulotna. Ograniczy się to tego powiedziana na wzór: święta, święta i po… A czy o to właśnie nam chodzi, kiedy w trzeciej klasie szkoły podstawowej posyłamy dziecko na religię?
Znam przypadki, w których rodzice jasno deklarowali, że od czwartej klasy wypiszą dziecko z religii, a informowani, że przygotowanie do sakramentu obejmuje obowiązkowe comiesięczne katechezy dla rodziców, wzdychali ciężko komentując, że nie chce im się i nie mają czasu „przychodzić tu co miesiąc”. Jakie jest to świadectwo i jakie dopełnienie przyrzeczeń złożonych na chrzcie?
Może w tym właśnie tkwi problem, że niepoważnie traktujemy składnie przysięgi. Przysięga ślubna kończy się takim: „tak, no ale…” i przysięgę składaną na chrzcie dziecka też kończymy takim: „oj tam, oj tam”. A Bóg słucha tych niepoważnych obiecanek. Taka postawa świadczy wyłącznie o tym, że jesteśmy bardzo niepoważnymi ludźmi, którzy rzucają słowa na wiatr, a nasza wiara wcale nie jest prawdziwą wiarą.

Do czasu Komunii przyrzekamy dwa razy, odpowiadając na pytania: I. „Czy chcecie z miłością przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym Bóg was obdarzy?” II. „Prosząc o chrzest dla swojego dziecka, przyjmujecie na siebie obowiązek wychowania ich w wierze, aby zachowując Boże przykazania, miłowały Boga i bliźniego.”
Owo powtórzone „wychowanie” wiąże się zarówno z nauczaniem przez wiedzę, jak i poprzez przykład. Znam bardzo niewiele rodziców, którzy znajdują czas i chęci, by chociaż raz na jakiś czas porozmawiać z dzieckiem o sprawach wiary. Wielu nawet nie potrafi o tych rzeczach rozmawiać, bo sami niewiele wiedzą. Kiedy więc dodatkowo wypisują dzieci z religii, edukacja katechetyczna rzeczywiście kończy się na trzeciej klasie SP. Potem czasami nauczanie wraca przed bierzmowaniem, bo przecież jest ono potrzebne, jeżeli w przyszłości chcemy, by dziecko miało wystawny ślub kościelny. I znów przykład z doświadczenia osobistego. W klasie mojego trzynastoletniego syna katechetka stawia szóstki na poprawnie „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario”. Skonfrontowana stwierdziła, że są w klasie dzieci, które nawet z tymi modlitwami mają problemy (żeby było jeszcze mniej zabawnie – rzecz ma miejsce w szkole katolickiej).
Przygotowanie dzieci do Pierwszej Komunii jest przede wszystkim zadaniem rodziców, realizowanym we współpracy i przy wsparciu duszpasterzy i katechetów. Na tym polu potrzeba przede wszystkim spójności i poważnego traktowania tematu. Bo jeżeli na religii w szkole jest jedno (o łaskach, obecności Jezusa w Eucharystii, skarbie Kościoła i najważniejszym dniu), a w domu co innego (o gościach, obiadach, sukienkach i prezentach), to dziecko bardzo szybko ten dysonans wyłapie i cała sprawa stanie się podejrzliwie niewiarygodna.
Dziwnie na nas patrzono, kiedy na Komunię nie zaprosiliśmy całej rodziny, a grono było bardzo kameralne. Dziwnie patrzono, kiedy prezentem było „Pismo Święte” zamiast telefonu komórkowego. Dziwnie patrzono, kiedy w roku przed Komunią ciągaliśmy dzieci po nabożeństwach i wspólnie przeżywaliśmy całe Triduum. Ale warto było, bo teraz, kiedy patrzę wstecz, mam pewność, że zrobiliśmy tak, jak należało.
Dlaczego o tym wszystkim w ogóle piszę? Wiem, że nie przekonam tych, którzy wierzą, że Komunia bez tabletu i roweru to nie Komunia. Piszę raczej do tych, którzy podskórnie czują, że coś tu nie gra, ale nie mają odwagi, by pójść trochę pod prąd. Do tych, którzy choć się nie zgadzają, to nie chcąc sprawić dziecku „zawodu i wstydu przed kolegami”, zrobią coś, co będzie jednak szkodliwe. Zdrowe i silne ryby płyną pod prąd; a to najważniejsze, co możemy dać dziecku przygotowującemu się do Pierwszej Komunii Świętej nie jest do nabycia w sklepie.

Jeśli rzeczywiście chcemy, by Pierwsza Komunia prowadziła do kolejnych, to bądźmy spójni w komunikowaniu, mówieniu i robieniu tego, do czego zobowiązuje nas nasza wiara, Kościół, modlitwa i Eucharystia. Potwierdzajmy słowa czynami i konsekwentnym działaniem.
Co możemy zrobić, by wspierać dziecko w przygotowaniu do Pierwszej Komunii i wspólnie korzystać z łask z niej płynących?
- Kładźmy akcenty na to, co najważniejsze w tym czasie i zadbajmy o to, by rodzina uszanowała te priorytety (naprawdę jest wiele okazji i uroczystości, na które można dziecko hojnie obdarować. W Komunii Świętej największym darem jest Jezus, więc nie pozwólmy Go zagłuszać).
- Towarzyszmy dziecku w przygotowaniach do pierwszej spowiedzi i Komunii: razem uczestniczmy w Mszach i nabożeństwach. Pamiętajmy o rozpoczęciu nowenny na dziewięć dni przed Komunią.
- Rozmawiajmy i pytajmy. Czytajmy razem Nowy Testament. Poznawajmy świętych. Tłumaczmy, co się dzieje na poszczególnych częściach Mszy (wiele dzieci, a nawet dorosłych nie ma pojęcia o tym, co znaczą wszystkie słowa i gesty i czym w ogóle jest liturgia). To piękne i budujące, jak wiele my sami możemy się nauczyć, przez takie wspólne rozmowy i poznawanie.
- Wspierajmy w przygotowaniach i katechezie katechetów naszego dziecka. Bądźmy na bierząco z omawianymi tematami, bo możemy je pogłębić w domu. Pamiętajmy, że przygotowanie dzieci do Pierwszej Komunii to przede wszystkim nasz obowiązek, a dla duszpasterzy to jedno z wielu ich codziennych zadań.
- Zadbajmy o cichy czas rodzinny, podczas którego możemy wspólnie odwiedzić jakieś pobliskie sanktuarium.
- Zaangażujmy dziecko w przygotowania kościoła i domu.
- Wspólnie przeżywajmy biały tydzień, jako zaproszenie do przedłużonego świętowania i radowania się udzieloną łaską. Notorycznie widzę, jak ten czas dzieci przeżywają już same, a codzienna Msza staje się dla nich tylko okazją do spotkań towarzyskich. To bardzo smutne, gdyż uczy życia „od święta do święta” zamiast wdrażania wiary w codzienność.

