Kiedy Jan Baptysta (Franciszek) Jordan — neoprezbiter na wygnaniu — rozpoczął studia językowe w Rzymie, nie liczył, że kiedykolwiek będzie mógł praktykować swoją wiedzę i umiejętności w terenie. Jego sytuacja finansowa była trudna — polegał na niewielkim stypendium (w perspektywie rocznej niewystarczającym nawet na wynajem pokoju) oraz na dobroduszności bliskich i przyjaciół. Kiedy otrzymał propozycję, by reprezentować Kongregację Propagandy Wiary jako misjonarz (ad honorem) w podróży do Ziemi Świętej, mógł jedynie przyjąć to jako dar Opatrzności.W wyprawie towarzyszył mu ks. J.F.Borger, z którym Jan studiował języki orientalne. We wspomnienie św. Agnieszki, 21. stycznia 1880 roku obaj zjedli uroczysty posiłek w towarzystwie kolegów studentów, odmówili modlitwę pielgrzyma i przyjąwszy błogosławieństwo, rozpoczęli podróż drogą morską do Kairu.
Jeszcze przed wyjazdem Jan wysłał list (opatrzony wyprzedzającą datą 22 I) do przełożonego biskupa Fryburga, L. von Kubel, w którym poinformował go o swoim posunięciu, pisząc, że zdał z wyprzedzeniem wymagane egzaminy, a teraz wyrusza do Egiptu z trzech powodów: by praktykować umiejętności, przyuczyć się w pracy misyjnej i z powodów religijnych. To ostatnie wydaje się szczególnie ważne, bo Jan wyjeżdża na Wschód w czasie nabierania pewności wobec swojego założycielskiego powołania, a jednocześnie zmaga się z ciągłym demotywowaniem go przez przełożonych, profesorów i kolegów. Niektórzy mu odradzają, inni wyśmiewają, jeszcze inni mówią, że nie nadaje się do takich przedsięwzięć. Owszem — znajdują się i tacy, którzy od początku wspierają go w zamiarach utworzenia nowego zgromadzenia, pracy misyjnej i wydawniczej (jak towarzyszący mu Ferdynand Borger), ale najwięcej wspierających głosów usłyszy Jan właśnie podczas podróży na Wschód.
Najbardziej wspierającym i utwierdzającym go głosem będzie ten wewnętrzny. Właśnie podczas tej podróży, 4 lipca na rozgrzanych słońcem wzgórzach Libanu, Jan na nowo i dogłębnie usłyszy słowa Pisma: „to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga i Tego, którego posłałeś Jezusa Chrystusa” (J 3, 17). Tam, parząc w kierunku źródeł Jordanu, doszedł do źródła swojego istnienia, zrozumiał cel, dla którego otrzymał życie oraz to, że cel jest większy niż jego życie. Wiedział bowiem, że powstanie zgromadzenia jest wolą Bożą i zostanie zrealizowane z Janem czy bez Jana. W tej moralnej pewności pozostało mu jedno: odrzucić lub podążyć za wolą Boga. Nie potrafił jednak odrzucić tego, co tak bardzo rozgrzewało mu serce.
Do Włoch powrócił 11. sierpnia, a w drodze do Rzymu zatrzymał się w Loreto, by podziękować Matce Zbawiciela za opiekę i wstawiennictwo.
Dla Jana Liban był momentem zwrotnym. Życiowym rozpoznaniem powołania i spotkaniem żywego Boga, który swoim słowem wskazał mu drogę. Czasami daleka podróż okazuje się powrotem do źródła, a szukanie poznania Boga prowadzi do poznania samego siebie.
Wyjście za próg domu zawsze wiąże się z ryzykiem i może być bardzo niebezpieczne (podczas wyprawy Jan doświadczył śmiercionośnych sztormów i trzęsienia ziemi, a jego przyjaciel Borger nie wrócił żywy ze swojej kolejne podróży na Wschód w 1881 r.), jednak jeżeli jest wyjściem ku Bogu, prowadzi do pełni życia.



