„[Człowiek] musi się pozwolić prowadzić przez Opatrzność i uważać, by nie pokrzyżować Jej planów” pisał w swoim Dzienniku o. Franciszek Jordan (29 sierpnia 1918 r.). Nie rozstając się z Pismem Świętym (podobnie jak Franciszek z Asyżu), w nim właśnie nieustannie szukał pokrzepienia, pouczenia i wskazania, by tę Wolę Bożą rozpoznać i w zgodzie z nią działać. Nie miał wątpliwości, że Słowo Boże aktywnie i realnie wchodzi w dialog z każdym człowiekiem, który jest gotowy Je przyjąć jako żywe i zawsze aktualne. Który w sercu przyjął Je jako wypowiadane przez Boga i wpisujące się w nasze życiowe, codzienne tu i teraz.„Nie uchylałem się tchórzliwie od niczego, co pożyteczne, (…) nie uchylałem się tchórzliwie od głoszenia wam całej woli Bożej.” (Dz 20, 17-27)
Kiedy w lipcu ubiegłego roku stanęłam przed propozycją napisania krótkiej biografii o. Jordana, założyciela zgromadzenia salwatorianów, wpierw chciałam się uchylić. Nie wiedząc o błogosławionym prawie nic, nie czułam się ani do tego powołana, ani kompetentna. Nie chciałam jednak ani odmawiać, ani się zobowiązywać bez uprzedniego przemodlenia sprawy. Naturalne wydało mi się pozwolić, by w tu poprowadziło mnie Pismo. W modlitwie oddałam intencję Duchowi Świętemu i otworzyłam Biblię. Padło na powyższy fragment Dziejów apostolskich, który sobie zapisałam i położyłam przed sobą, choć podeszłam do niego ze sporą rezerwą. Nie przyjęłam go jeszcze jako przynaglenia, jako słowa wypowiedzianego wprost do mnie. Byłam względem niego raczej obojętna, choć czujna.
Następnie zaczęłam przeglądać spis treści obszernej biografii o. Jordana. Tam, moją uwagę przykuł rozdział o powołaniu apostolskim, który dla Założyciela był szczególnie ważny. Pomyślałam, że jeśli miałabym od czegoś zacząć, to właśnie od reguły „O apostolstwie”. I na tych stronach moim oczom ukazały się sigla biblijne Dz 20, 27; Dz 20, 26; Dz 20, 20… Ojciec Jordan, zapisując regułę „O apostolstwie” trzy razy sparafrazował położony przede mną fragment Dziejów. Dopiero wtedy zrozumiałam, że Słowo wytycza mi drogę. Osobiste ograniczenia, obawy, niemoc etc. Przestały mieć znaczenie. Bo skoro Słowo prowadzi, czego mamy się lękać?
Dzisiejsza liturgia słowa przywołuje w czytaniu powyższy fragment, a za nim Ewangelię św. Jana. „Na to jest życie wieczne, aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga i Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa” (J 17, 3) – jest to zdanie, które spłynęło do serca Franciszka Jordana, kiedy wędrując po wzgórzach Libanu, szukał głosu Woli Bożej. To jedno znanie otworzyło przed nim jasny obraz dzieła, jakim miało być zgromadzenie zakonne powołane do przyprowadzenia do Jezusa wszystkich, wszystkimi dostępnymi a godnymi sposobami. Od tego zdania zaczęli się salwatorianie.
Dziś przyjmuję oba wpisane obok siebie fragmenty Biblii z wdzięczną czułością, jako szept Bożej Obecności. Opatrzności, która prowadzi.
Czasami wzbraniamy się przed otwarciem Biblii, bo uważamy, że to nie dla nas. Albo odmawiamy sobie przyjęcia słowa Bożego, jako żywego, bo boimy się, że coś w naszym życiu zrujnuje. A Ono nie jest czymś, co czai się za naszymi plecami, co kładzie się cieniem na naszym życiu. Nie jest też czymś, co nam towarzyszy równym krokiem, jak znajomy, który zapyta: gdzie chcesz iść? Tu? Tam? Jak chcesz… Słowo Boże jest Opatrznością kroczącą przed nami. Za nim mamy podążać, bo Ono wskazuje bezpieczną drogę Woli Bożej prowadzącą ku zbawieniu. Jest to Słowo, które opowie nam przeszłość, pozwoli przyjąć teraźniejszość i ukaże wąską drogę życia łaską.
„Czytaj częściej Pismo Święte; albo lepiej: nigdy nie wypuszczaj Pisma Świętego ze swoich rąk! Sen powinien zastać cię z Biblią w ręce, a święte strony niech przyjmą twoją skłaniającą się głowę.” (św. Hieronim)

