„Please do not touch” — napisano na kartce stojącej w konfesjonale. Ten jest oczywiście włoskim eksponatem zabytkowym, a jednak jego widok był dla mnie bardzo wymowny. Kto lubi się spowiadać? Kto lubi mówić o swoich potknięciach, błędach i wadach? Dotykać miejsc bolesnych i wstydliwych? Dla wielu spowiedź jest przykrą koniecznością, dla innych nieprzepracowaną traumą, dla jeszcze innych obowiązkiem z przyzwyczajenia. Doświadczeń jest wiele, a spowiedź jest przede wszystkim jednym — sakramentem pokuty i pojednania. Sakramentem — czyli widzialnym znakiem niewidzialnej łaski, możliwym dzięki działaniu Ducha Świętego.
Weszliśmy w okres Adwentu — przygotowania do narodzenia Pańskiego. Jest to czas, w którym przygotowujemy nie tylko nasze domy. Sprzątamy, gotujemy, kupujemy prezenty, przyozdabiamy pokoje, no i okna — żeby ładnie wyglądały od zewnątrz. A co z naszym wnętrzem? Czy dbamy też o to, aby przede wszystkim ono zostało przygotowane na cud Wcielenia? Nie chcę dzisiaj sięgać do katechizmu, pisać o formach rachunku sumienia, moralizować, zachęcać, opowiadać o rozczarowaniach. Chcę opowiedzieć wam o pewnym spotkaniu. Z Chrystusem, z drugim człowiekiem, ze sobą samą.
Do konfesjonały bardzo długo było mi nie po drodze. Korzystałam z sakramentu spowiedzi, kiedy już naprawdę gryzło mnie sumienie, kiedy nadchodziły ważne święta, przed ślubem, po śmierci taty. Trwoga — do Boga. Bóg przebaczający był mi potrzebny, kiedy uznałam, że takim jest. On dawał. Ja brałam. W pewnym momencie życia uświadomiłam sobie, że mój obraz tego sakramentu jest powykrzywiany, moje serce nieustannie podzielone, a wiara nieuporządkowana. Patrzyłam na swoje życie przez pryzmat własnych przekonań, a na to, co jest grzechem, a co nim nie jest, leżało w mojej prywatnej ocenie, moim „mi się wydaje”.
Najpierw była miłość. Poczucie pokochania przez Boga i bycia jego dzieckiem. Świadomość, że Jego miłość do człowieka jest poważna, prawdziwa, wieczna i na zabój doprowadziła mnie do punktu, w którym zrozumiałam, że grzech wyznany jest jedyną rzeczą, jaką człowiek może złożyć Bogu w ofierze. Możność oddania Mu mojej słabości, jest moim aktem skruchy, moim osobistym „kocham Cię!”. Żeby to zrobić, musimy najpierw poznać swoje winy, stanąć w prawdzie, przełamać silne „ego”, które woli odwracać spojrzenie od tego, co w nas brzydkie. Zrozumiałam, że moja spowiedź na moich warunkach nie jest aktem miłości wobec Boga, a raczej aktem miłości własnej. Przełamanie nastąpiło z chwilą przyjęcia prawdy — grzech to grzech, nie ma obejścia, punktu widzenia, okoliczności łagodzących (owszem, Bóg osądzi grzech sprawiedliwie i z pewnością jeśli są okoliczności łagodzące, to weźmie je pod uwagę, ale ja sama nie mogę być sędzią we własnej sprawie).
Moja postawa prowadziła do tego, że spowiadałam się przypadkowo, u przypadkowych księży. Koniecznie obcych i najlepiej poza miejscem mojego zamieszkania, bo przecież grzech, to straszny wstyd! Trafiłam kiedyś na pewnego jezuitę, który mądrze i konkretnie poradził, a sama spowiedź przyniosła dobre owoce i rzeczywistą zmianę w życiu. Przy kolejnej „potrzebie” pojednania zaplanowałam spowiedź u tego samego kapłana, sprawdziłam terminy, przyszłam… a on nie. Pojawił się inny, obcy. Bardziej zajmowały mnie wtedy moje zawiedzione oczekiwania, niż sakrament i spotkanie z Jezusem. Pamiętam, że po tej spowiedzi usiadłam w kościele i pomyślałam, że to wszystko nie tak, że zawodzę, kombinuję i znów: oczekuję od Pana Boga i od spowiednika czegoś po mojemu. Wtedy przyszła modlitwa. „Jezu, tak nie może być. Wiem, że Tobie się to nie podoba. Chcę, żeby spowiedź była sakramentem, który rzeczywiście coś zmieni i zbliży mnie do Ciebie. Jeśli chcesz mi pomóc, to daj mi stałego spowiednika. Skończę ze spowiedzią z doskoku, potraktuję ją poważnie”. Dalsze szczegóły są sprawą między mną i Panem Bogiem, ale powiem jedno: Proście, a będzie wam dane. Jednak było mi trudno przyjąć ten dar. Jeden Pan wie, jak bardzo. Mimo tego cały ból i trud przyjęcia daru był oświetlony miłością. Tylko Bóg potrafi kochać tak, że to, co trudne jest słodyczą; to, co pali, przynosi ochłodę; a co zranione – leczy. Tylko w Bożej logice – mniej „ja” owocuje stanięciem w prawdzie o „ja”, a więcej Boga w sercu daje więcej poznania samego siebie.
Ludzie szukają siebie nieraz przez całe życie, a znajdują siebie tylko Ci, którzy znajdują i poznają Boga. Tak wiele razy słyszeliśmy, że prawda nas wyzwoli, że przestaliśmy się zastanawiać nad znaczeniem tych słów. Jakie jest ich znaczenie w kontekście sakramentu pokuty i pojednania? Tylko stanięcie w prawdzie o grzechu, może zerwać łączące nas z nim łańcuchy. Świat, który uczy nas, że chłopaki nie płaczą, że grzechu nie ma, zamyka nam oczy na prawdę o człowieku i Bogu. Potęguje w nas przekonanie, że słabość jest wstydem, który należy ukrywać nawet przed samym sobą, a grzech (jeśli istnieje) sprawia, że Bóg przestaje nas kochać i nie ma dla nas miejsca w Kościele. A Bóg znał nasze grzechy zanim je popełniliśmy. Znał je, zanim przyszliśmy na świat. Tak — Jezus widział mój i twój grzech w ogrodzie Getsemani i wziął go na siebie. Za mnie i ciebie wziął krzyż, dał się do niego przybić i na nim umrzeć. Dlaczego? Bo miłość jest większa niż grzech. Bo grzech to śmierć, a miłość — życie.
Życzę wam, żebyście w tym Adwencie — w tym czasie przygotowania na przyjście Boga — doświadczyli Jego przyjścia do Waszej codzienności, żeby w niej się narodził, a Wy razem z nim, na nowo.

