Był piątek po oktawie Bożego Ciała. 16 czerwca 1848 roku, w biednym domu, we wsi Gurtweil nad rzeką Schlücht, w południowych Niemczech, blisko granicy ze Szwajcarią, przyszedł na świat drugi z trzech synów Notburgi i Wawrzyńca Jordanów. Kolejnego dnia ochrzczono chłopca w lokalnym kościele pw. Św. Judy Tadeusza i nadano mu imię Jan Chrzciciel (Johann Baptist), gdyż zbliżało się święto tego proroka, który prostował ścieżki dla Pana. Święty stał się dla Jana wzorem i patronem na całe życie.
W regionie był zwyczaj, by nad drzwiami domów umieszczać malowidła przedstawiające sceny biblijne. Niewykluczone, że dom Jordanów opatrzony został sceną Chrztu Pana Jezusa w Jordanie i stąd rodzina otrzymała nazwisko. Kiedy urodził się Jan Chrzciciel, Gurtweil zamieszkiwało około 450 osób. Był kowal, cieśla, zegarmistrz… Jordanowie mieszkali w pobliżu młyna, tartaku, gospody i poczty.
Starszy brat Jana, Marcin, odznaczał się siłą i praktycznością, z kolei Jan był delikatniejszego zdrowia, inteligentny, z zamiłowaniem do książek, podróży i sztuki. Nie był jednak spokojnym aniołkiem. Uwielbiał przygody i naturę: okoliczne lasy, łąki, wzgórza i rzekę, nad którą spędzał mnóstwo czasu , łowiąc ryby. Nieraz można było znaleźć w jego tornistrze pudełeczko z żukiem lub trzmielem. Niestraszne były mu też zaskrońce, bo i takie stworzenie przynosił do szkoły. Czasami, kiedy rozbawiał klasę, jego zachowanie denerwowało nauczycieli. Za wagarowanie i rysowanie podczas zajęć dostawał od nich trzecią po rękach, ale nie stało to na przeszkodzie, by prosili go czasami o poprowadzenie lekcji. Mówili, że urwis i psotnik, ale on chciał uszczęśliwiać innych, rozbawiać kolegów i wywoływać uśmiech.
Wyciszył się nieco po śmierci ojca, ale nigdy nie przestał zachwycać się światem, jako dziełem Bożym i nigdy nie porzucił misji, by dzielić się z innymi tym, co sam uważał za cenne, słuszne i zbawienne.
Czy może być coś dobrego z Nazaretu? — pytał Natanael w Piśmie Świętym. A czy może być coś dobrego z Gurtweil? Tak to często bywa, że wielcy ludzie Boży wychodzą z miejsc niepozornych, gdzie uczą się miłości do prostoty, nabierają pokory, a jednocześnie wielkich pragnień. Pragnienia Jana Chrzciciela były ogromne, ale miał przy tym świadomość własnej słabości i wszechmocy Boga.
Odwiedzając krypty kapucynów w Rzymie, gdzie na widoku publicznym spoczywa bardzo wiele ciał, zapisał w Dzienniku Duchowym: „O jedno Cię proszę, o jedno tylko, Wszechmocny Panie, oto moje pragnienie: Żebym mógł uratować wszystkich!” (DD I/149).

Jan wiedział w głębi serca, że pragnieniem samego Boga jest zbawienie wszystkich, bo Jezus umarł na krzyżu za każdego człowieka. I „tak jak słońce wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych” (Mt 5, 43-48). Jan jednoczył się więc z tym Bożym pragnieniem, by wszyscy poznali jedynego i prawdziwego Boga i Jego Syna Jezusa Chrystusa (J 17,3) i w duchu apostolstwa św. Pawła był gotowy robić wszystko, by dotrzeć z Ewangelią do każdego człowieka na ziemi. Wiedział, że nadrzędnym celem chrześcijańskiego życia jest zbawienie duszy i ten cel trzymał zawsze przed oczami.
Co by mu to jednak dało, gdyby nawrócił wszystkich, a przy tym stracił własną duszę? (DD I/26 za św. F. Ksawery)
Odpowiedź znów podpowiada nam dzisiejsza Ewangelia. Do Boga należy przyprowadzać wszystkich, bo wszyscy są powołani do świętości. Ale tylko święty może przekazywać innym światło Bożej świętości. Święty uświęca.

„Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” — to wezwanie do świętości. W duchu tego ewangelicznego wezwania Jezusa, Jan Chrzciciel Jordan tak pouczał samego siebie: „Musisz zostać uznany za świętego kapłana” (I/105), „Ty musisz i możesz stać się świętym!” (III/22), „Święcie żyć i umierać i wszystkich uratować! Jezu, Synu Boga żywego, przez boleści Twojej Matki proszę cię o to bardzo usilnie i z całych sił teraz i przez całe moje życie. O Maryjo, Matko moja, w Twoje ręce składam mój los” (III/10). Ostatni cytat uświadamia nam, że w tym dążeniu do świętości o. Jordan nie liczył na własne siły. Siłę czerpać mógł jedynie z Bożego miłosierdzia i opatrzności, i całkowicie powierzał się w ręce Maryi Panny. Znał i rozumiał swoją małość, grzeszność i słabość. Nieustannie zmagał się z przeciwnościami zewnętrznymi i własnym zniechęceniem, ale walczył, by nieustannie płonął w nim ogień wiary, ufności i miłości bliźniego.
O jego płonącym, pokornym sercu świadczą słowa z Dziennika:
„Żyj i postępuj codziennie tak, jak gdyby to był dla ciebie dzień ostatni! Myśl często o tym, że kiedyś wszystkie usposobienia i działania muszą być w takim stanie, że ty się ich nie musisz wstydzić w dniu sądu powszechnego! Nie bądź jednak nigdy małoduszny i nie trać nadziei, gdy pozornie nie ma przed tobą żadnego wyjścia i gdy będziesz potwornie dotknięty albo poddany próbie! Wiedz, że twój Zbawiciel cię uwolni w Jemu znanej godzinie i będzie cię pocieszać! Na modlitwie zwracaj uwagę na to i pamiętaj, z kim rozmawiasz! Nie spiesz się przy tym! Obojętnie, jakie cierpienia, doświadczenia, troski, lęki, upokorzenia itd., spadną na ciebie, mów zawsze z głębi twego serca: Bądź wola Twoja!” (DD/16,17)
Możemy wyszczególnić trzy cechy charakteru, które wspierały Jana Chrzciciela w dążeniu do świętości i działaniu na rzecz Królestwa Bożego. Są to zachwyt, pogoda ducha i wytrwałość.

Dzięki zachwytowi nad wszelkim stworzeniem, ugruntowanemu w duchowości św. Franciszka z Asyżu, młody Jan Jordan poznawał miłość Boga Ojca, Jego wszechmoc i dobroć. Zachwyt jest tym, co każdy z nas powinien w sobie pielęgnować. Jeśli przestaniemy się zachwycać, to zaczniemy umierać. Zachwyt prowadzi do pogody ducha, do wewnętrznego pokoju i poznania Boga. „Każde stworzenie jest drabiną do Boga” — pisał błogosławiony.
Pogoda ducha z kolei jest sygnałem o trwaniu w łasce Ducha Świętego. Nie chodzi tu o płytkie uśmiechanie się, o wyuczoną uprzejmość i nieszczery uśmiech przyklejony do twarzy, za którym kryje się żal, smutek lub frustracja. Pogoda ducha, to nie to samo, co pogodna twarz, choć przez wyraz oblicza może się uzewnętrzniać. Pogodna dusza, to dusza pozostająca w łączności z Bogiem, zjednoczona z Nim i spokojna, bo wie, w kim jest nieustannie zanurzona. To krok ku trwaniu w ufności i dziękczynieniu za to, że Bóg jest i że my jesteśmy. Nie spotkano jeszcze ponurego świętego. Cierpiącego tak, ale nie ponurego. Św. Wawrzyniec, umierając śmiercią męczeńską przez spalenie żywcem, miał zawołać: „Ten bok jest już dość przypieczony, obróć mnie na drugą stronę”. Tej łaski wewnętrznej radości nie da się wymusić, ale można ją w sobie kształtować i o nią zabiegać. Bł. Franciszek Jordan zachęca: „Śpiewaj tu i tam pobożną pieśń na chwałę Boga i dla twego rozweselenia!” (DD I/151).

Wytrwałość jednoczy człowieka z Chrystusem. Jest tą cechą, która chroni nas przed beznadzieją i pomaga wzrastać wbrew trudnością i przeciwnym wiatrom. Porażki są nieuniknionym doświadczeniem w życiu każdego człowieka, ale tylko ludzie wytrwali osiągają zamierzone cele i są w stanie realizować wielkie pragnienia. Życie Jana Jordana było usiane trudami już od dzieciństwa. Jako nastolatek stracił ojca, żył z rodziną w takiej biedzie, że nie było go stać na książki i kontynuowanie nauki. W nauce niektórych przedmiotów też miewał problemy, ale żadna z tych przeszkód nie była dla niego ostatecznie zniechęcająca. Na podstawie świadectw jest profesorów i współbraci można powiedzieć, że był tytanem pracy.
Również po założeniu zgromadzenia, mocował się z wieloletnimi utrudnieniami i wielokrotnie doświadczał niepowodzeń. Zawsze jednak powracał do stóp krzyża, z którego czerpał nadzieję i radość, by kontynuować naukę, pracę i dążenie ku świętości. Do współbraci wyjeżdżających na misję do Assam, powiedział: „Jeśli czasami będzie wam ciężko, popatrzcie na waszego Boskiego Mistrza, wiszącego na krzyżu między ziemią a niebem, opuszczonego przez Boga i ludzi! A kiedy zagrażać wam będą wzburzone fale, kiedy będzie wam się zdawać, że toniecie, popatrzcie na krzyż, a na nowo ogarnie was radość i na nowo będziecie walczyć i cierpieć. Trwajcie, wytrwajcie aż do końca! Powtarzam: im większe są cierpienia, tym większe jest zwycięstwo”, bo ostatecznie: „Dzieła Boże rosną tylko w cieniu krzyża” (I/163).
(fot. ks. Piotr Dymon SDS)




