Spacer
Niebo nad Rzymem miało kolor soczystego błękitu. Trzymaliśmy się słonecznych stron ulicy, aby nie doskwierał nam lutowy chłód. Spacer był dość długi. Zaczęliśmy od Bazyliki św. Jana na Lateranie. Przeszliśmy uliczkami do św. Klemensa, gdzie można uczcić relikwie Cyryla i Metodego (moich drogich patronów). Następnie obeszliśmy koloseum — arenę męczeństwa tak wielu chrześcijan — z bezpiecznej odległości, by nie wciągnął nas niedzielny wir turystów, zaliczających ślady nieistniejącej potęgi starożytnego Cesarstwa. Tłumy wylewały się z autobusów, a my czyniliśmy całkiem olimpijski slalom, unikając zderzenia z rękami wyciągniętymi do złapania pamiątkowego selfie z koloseum w tle. Zza drzew wyłonił się Łuk Tytusa i coś sobie przypomniałam. Mąż widzi po mnie od razu. Widzi też morze turystów pod łukiem i mówi: „nie idź tam”, więc ja swoje: „idę!”. I poszłam. Bez zrobienia selfie na tle antycznego łuku, obeszłam go dwa razy szukając jednej płaskorzeźby: rzymskich żołnierzy wynoszących świeczniki z jerozolimskiej świątyni. Rok 70. — upadek Jerozolimy i zniszczenie świątyni. Jezus zapowiedział go słowami: „Córki Jerozolimskie, płaczcie raczej nad sobą i swoimi dziećmi” i: „Nie zostanie tu kamień na kamieniu” i zapłakał nad przyszłością. Obchodzę i patrzę, a słońce razi mnie w oczy. Tak blisko łuku mało kto podchodzi i nie patrzą tak uważnie (może z wyjątkiem młodzieńca, który przysiadł nieco na uboczu i szkicował niedzielny obrazek tego, co minęło i tego, co jest).
I znów: slalom między wyciągniętymi rękami i poszliśmy dalej. Wzdłuż Circus Maximus, gdzie zaspokajano dwa największe pragnienia ludu: chleba i igrzysk. W oddali w słońcu kąpie się wzgórze Palatyn, na którego szczycie ruiny pałacu Augusta — tego, który zwał się synem boga i panował, gdy rodził się Ten Prawdziwy i Jedyny Syn.
Zmierzając w kierunku Zatybrza, dochodzimy do jednej z najstarszych bazylik Rzymu — pw. Santa Maria in Cosmedin. Trasa wcale nie była przypadkowa. 31. października 1878 r. zawitał w tym kościele bł. Franciszek Jordan, więc i mnie tam nogi poniosły. Ale gdy naszym oczom ukazała się wielometrowa kolejna kilkudziesięciu ludzi, mąż znów rzucił mi błagalne spojrzenie mówiące dobitne: „Nie, proszę”. Odpowiedziałam uspakajającym uśmiechem i zapewnieniem, że wstęp do kościoła jest darmowy, a ci gorliwi ludzie czekają zapewne do kasy, by kupić bilet do krypt. Tak to już z Rzymie bywa, że spotkanie ze śmiercią kosztuje kilka euro. Kilka dni wcześniej zwiedzaliśmy krypty u św. Cecylii i w zakonie kapucynów, więc te mogłam już sobie darować.
Kościół piękny, starodawny, zaskakujący w architekturze, zapachu, świetle. Prawie pusty. Cichy i refleksyjny. W bocznej kaplicy umieszczono czaszkę św. Walentego (trzeciego z moich urodzinowych patronów, więc to zaskakujące spotkanie z biskupem było takim Bożym dotknięciem mojego serca, a cały spacer, w znacznej części spontaniczny, okazał się jakoś prowadzony przez szczególnego przewodnika). Po modlitwie wyszliśmy, a kolejka przed wejściem nadal długa.
Usta Prawdy
Zaciekawiona chciałam się dowiedzieć więcej o tym starym kościele, ale to, czego się dowiedziałam całkiem mnie zmroziło. Okazało się bowiem, że na końcu portyku przed bazyliką znajduje się starożytny (mający 2000 lat) maszkaron, tzw. Usta Prawdy, czyli marmurowy medalion przedstawiający brodatą postać z otwartymi ustami. Zatem kolejka nie prowadziła do krypt, a do Ust, podobizny bożka, który według wierzeń miał odgryzać dłoń kłamcom (faktycznie ten kawał kamienia mógł być przykrywą starożytnego kanału). Obecnie należy włożyć dłoń do zimnych, martwych ust bożka, a drugą dłonią zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Wybaczcie mi, proszę, nieco sarkastyczny ton, ale tyle mi zostaje, kiedy czegoś całkiem nie rozumiem.
„Naucz mnie chodzić drogą Twojej prawdy” — prosi Boga psalmista w Ps 87. Nie ma wielu prawd, ani nie jest tak, że każdy ma swoją. Prawda nie jest relatywna i nie zależy od punktu widzenia. Boża prawda to ta prawda jedyna. Droga prawa Bożego, miłości, droga, którą wskazuje Syn — Ten, który sam jest Drogą, Prawdą i Życiem, czyli uobecnieniem Bożej miłości do człowieka. W naszych duszach wszczepiona została nieustanna tęsknota za Tym, który powołał nas do życia, dlatego niezależnie od tego, czy znamy Boga czy nie, człowiek zawsze poszukuje Prawdy, porządku świata, odpowiedzi na pytanie o początek i cel. Dusza poszukuje szczęścia i zaspokojenia tej najgłębszej tęsknoty. Jaką prawdę wypowiedzą martwe usta bożka? A jego marmurowe uszy — czy nakłonię się i wysłuchają prośby? Czy jego puste, pozbawione życia oczy, dostrzegą naszą pustkę i cierpienie? Jakiego boga szukamy i jaką prawdę przyjmujemy? Najczęściej chyba tę wygodną, a boga — całkiem niewymagającego; takiego, który nie za bardzo się wtrąca, albo który w ogóle nie jest.
Rzymskie Usta Prawdy milczą, ale grożą, że odgryzą ci dłoń, jeśli skłamałeś, ale czy można skłamać w świecie, w którym prawda jest subiektywna? Mamy śmiałość włożyć tam rękę, bo to tylko taka zabawa, ale w czasie, gdy Usta były w użytku, prawda wcale nie była subiektywna. Ale gdyby tak naprawdę można było stracić rękę… kolejka nie byłaby taka długa. A może nie było by jej wcale?
Nagość
Adam był nagi. Adam żył w prawdzie. Przed jabłkiem żył w prawdzie — o Bogu, o świecie i o tym, co to znaczy być człowiekiem. Człowiek wypowiadający prawdę o samym sobie niejako staje nagi przed sobą i Bogiem. Opróżnia zawartość dłoni, a ciało daje na obmycie. Z win i grzechów, upadków i zdrad. Staje nagi jak dziecko. Nowonarodzony. Czysty. Pierwszy. 
Mamy Boga, który za grzechy nie potępia, ale siada z nami do stołu i przebacza, a nawet całkiem zapomina o tym, cośmy przeskrobali. Boga, który leczy z kłamstwa, nie obcina ręce.
Jak uważnie słuchamy tego, co szepczą Jego usta? A jeśli szepczą niewygodną prawdę, czy przyjmujemy ją, by pójść za Nim i słuchać dalej?
Ten, który staje nagi wobec prawdy i przyjmuje ją, zaczyna być przyodziewany w łaskę, w szatę prawdy, szatę królewską, nadającą godność dziecka Bożego. Taki jest jak Syn Marnotrawny, którego Ojciec kazał ubrać w najlepszą szatę i posadził obok siebie przy stole biesiadnym. Jest jak Lewi, znienawidzony przez braci ze względu na złe wybory, który na słowo Pana, bez wahania porzuca, co złe, idzie po przebaczenie i zasiada obok Niego na uczcie.
Można zostać kłamcą bez ręki i może czasami lepiej odjąć sobie rękę, będącą przyczyną grzechu (Mt 18, 8)? A tak poważnie, to Jezusowi nie chodziło przecież o samookaleczenie, ale o radykalne odrzucenie grzechu, który oddala nas od Boga.
Ale może najlepiej jest zachować obie ręce, złożone do modlitwy, ręce niosące pomoc, obie ręce miłosierne i czyniące dobro? Zawsze możemy wybrać: zostać, albo wstać i iść; żyć kłamstwem lub prawdą; szukać fałszywych bożków, lub szukać żywego Boga.
„Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście. Ja dziś nakazuję ci miłować Pana, Boga twego, i chodzić Jego drogami, zachowywać Jego polecenia, prawa i nakazy, abyś żył i mnożył się, a Pan, Bóg twój, będzie ci błogosławił w kraju, który idziesz posiąść. Ale jeśli swe serce odwrócisz, nie usłuchasz, zbłądzisz i będziesz oddawał pokłon cudzym bogom, służąc im – oświadczam wam dzisiaj, że na pewno zginiecie, niedługo zabawicie na ziemi, którą idziecie posiąść, po przejściu Jordanu. Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na ziemi, którą Pan poprzysiągł dać przodkom twoim: Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi».” (Pwt, 30, 15-20)


