„Niebo hojnie spuszczało wodę na włoską ziemię. Powietrze szarzało od gęstwiny smug” — zapisałam w nowo powstającej powieści o życiu bł. Franciszka Jordana. To zdanie otwiera nowy rozdział w życiu założyciela salwatorianów, który w 1878 roku przyjechał do Rzymu, by kontynuować studia językowe. Pierwsze kroki skierował wtedy do Campo Santo Teutonico (kolegium niemieckiego), w którym miał zamieszkać. Na miejscu okazało się, że jego przyjazd zaskoczył gospodarza. Spojrzenie rektora Antona de Waal i jego słowa: „Nie spodziewaliśmy się pana” sprawiły, że przybyszowi zadrżały kolana. Przez chwilę jego przyszłość zawisła na włosku.
Kiedypisałam o stojącym pod krzyżem na Campo (przemoczonym do suchej nitki) F. Jordanie, jeszcze nie wiedziałam, że kiedy sama przyjadę do Rzymu, deszcz spłynie ulicami wiecznego miasta. To, co normalnie rozczarowałoby pielgrzyma, wywołało na mojej twarzy szeroki uśmiech. Wiedziałam już, gdzie skieruję pierwsze kroki. Z parasolem w dłoni, ignorując niezliczoną ilość kałuż, przebiegłam przez całkiem pusty Plac św. Piotra.

Teren Campo Santo Teutonico otaczały barierki, a poszczególne przejścia blokowały stanowiska policji. W eterze brzmiał głos Papieża i dowiedziałam się, że blokada jest ustawiona z powodu audiencji odbywającej się w auli Pawła VI. Uprzejmy policjant odesłał mnie do innego przejścia. Poszłam więc za wskazaniem, ale i tam odmówiono mi wejścia. Mijając po drodze kolejne stanowisko, pomyślałam: „Do trzech razy sztuka” i zagadując tym razem młodą funkcjonariuszkę, powiedziałam, że zależy mi na wejściu tylko na teren kolegium. Policjantka poradziła się stojącego obok przełożonego, a ten stanowczo odmówił wejścia i dodał, że będzie to możliwe dopiero za cztery dni. Cóż, nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli…
Kiedy się oddalałam zasmucona, przypomniałam sobie o przyjeździe Jordana do Rzymu, o tym, że i jego nie chciano początkowo przyjąć i ugościć. Jakie rozczarowanie musiało wtedy wypełnić jego myśli i jaka niepewność wkradła się w serce! A jednak, gdzieś głęboko w duszy, ufał, że jego przyjazd być zgodny z Bożym planem i wszystko ułoży się najlepiej, jak powinno. Z taką dziecięcą ufnością, powiedziałam sobie: „Jeśli Pan Bóg chce, to otworzy kołaczącemu. Spróbuję ostatni raz”. Przy ostatnim policyjnym stanowisku szybko złapałam kontakt wzrokowy z „szefem” całej akcji ochronnej, powtórzyłam prośbę, którą wypowiedziałam już wcześniej trzy razy. On przez chwilę milczał, miarkował mnie spojrzeniem, po czym otworzył bramkę i rzekł: „Pójdź za mną”. Przeprowadził mnie przez teren zamknięty, do bramek bezpieczeństwa, a tam, droga już została otwarta.
Nie było już ważne zmęczenie podróżą, uporczywy wiatr wykręcający mi parasol, przemoknięte buty i płaszcz. W strugach deszczu szłam do Campo Santo Teutonico i miałam wrażenie, że nie idę sama. Nie… Jestem pewna, że nie szłam tam sama.
(* Na zdjęciu książka z osobistej biblioteki o. F. Jordana, przewodnik po Rzymie, w którym zapisał sobie nazwę kościoła Maki Bożej Bolesnej znajdującego się na terenie Campo Santo Teutonico.)


