Przez ostatnie dni dużo słyszę o ludzkich kryzysach relacji z Kościołem. Ktoś nie potrafi praktykować nabożeństw i modlitw, zniechęcił się do Mszy i zastanawia, czy jest sens „się zmuszać”; inna od jakiegoś czasu wierzy „poza Kościołem”, a Biblia to jej „ulubiona książka”; jeszcze inna została skrzywdzona przez kler żeński i męski, i postanowiła ofiarować swoje cierpienie i cierpieć w ciszy jak święte przed nią (ale napisała książkę i goszczą ją w radiu); ktoś inny powtarza, że Kościół nie taki, księża nie tacy; inny tak przebadał Biblię, że zwątpił, a kolejny naczytał się książek o aferach w Watykanie i teraz pyta: „Gdzie jest Kościół Chrystusa?”. I wszyscy powtarzają słowo: kryzys.
Tymczasem w Kościele ciągle badamy frekwencje, chcemy zakładać grupy parafialne i uczymy lud wierny pieśni, dążąc do tego, by „cały kościół śpiewał”. Frekwencja nie jest wyznacznikiem wiary, bo można przychodzić z przyzwyczajenia ku zachowaniu tradycji. Grupa parafialna może być zadaniowa, towarzyska, edukująca, ale nie koniecznie tworzyć trwałą wspólnotę, gdzie troszczymy się o pogłębienie wiary i trwanie jej członków w Chrystusie. Nie wystarczy też nauczyć wiernych melodii, by modlili się śpiewem, bo modlitwa, która jest spotkaniem, płynie z serca, które ukochało Tego, do którego przychodzi, a miłość nie rozwinie się bez głębokiego poznania Umiłowanego.
Powtarzając za biskupem Barronem: „Kościół – to nie organizacja, to żywy organizm: Mistyczne Ciało Chrystusa”. Cierpiące i poranione. Niosące ludzki grzech i wady na swoich ramionach. Choć Chrystus jest idealny, to Kościół nie jest i nie będzie dopóki nie przyjdzie po raz ostatni Ten, który go oczyści i wybieli.
Zewsząd słyszymy o grzechach Kościoła, ludzie odchodzą, dzielą, wytykają. Słyszymy też o pretensjonalności i infantylizmie wiernych, ale czyją winą jest to, że dziecko nie otrzymało należytego, fundamentalnego wychowania w wierze? I tak krążymy wokół siebie: niesforne dzieci i Matka Kościół, obarczając się wzajemnie winą i zapominając często, że nie ma dziecka bez matki i nie ma matki bez dziecka, bo matka i dziecko tworzą się wzajemnie.
Kryzys. To trudne czasy, ale wcale nie takie nowe. Wielu świętych walczyło, upominało i modliło się za Kościół, bo Kościół to Chrystus, którego ukochali. Ten ukrzyżowany, poraniony tak, że trudno było na Niego patrzeć (Iz 53). I tu zaczyna się test wierności. Diabolos („ten, który dzieli”) będzie rozpraszał, a pod Krzyżem zostanie Matka i umiłowany uczeń.
Zostań.

