Był w moim życiu czas, kiedy po raz pierwszy bardzo mocno doświadczyłam obecności Pana Boga, światła, które wszystko uczyniło nowe. Zaczęłam patrzeć na świat innymi niż dotąd oczami.Wielu rzeczy nie potrafiłam wtedy wyrazić i nazwać. Zdawało mi się, jakby świat, moja codzienność były dotąd przede mną zakryte, były w cieniu, a nagle w ułamku sekundy rozbłysło światło, które rozświetliło wszystko wokół i przeniknęło do najgłębszych zakamarków mojego serca.
Doświadczenie to było niezapomniane, piękne, oczyszczające i niewyrażalne, ale też trudne i bolesne.
To, czego nie potrafiłam nazwać słowami, wyrażałam zdaje się inaczej, bo wokół mnie wiele zaczęło się zmieniać. Miejsca dotąd słabe zaczęły się umacniać i nie wiadomo skąd w moim życiu zaczęły kształtować się relacje, jakich dotąd nie doświadczałam, jakich nie potrafiłam budować. Zaczęłam być zdolna do działań, które dotąd uważałam za niezgodne z moim sposobem bycia. Gwałtowność zamieniła się w opanowanie, wycofanie w otwartość, lękliwość w odwagę. Jakbym przez całe swoje życie siedziała dotąd w ostatniej ławce i nagle usiadła w pierwszej. I tak rzeczywiście było odkąd pamiętam. Ostatnia ławka w szkole i w kościele, ostatni szereg bez wychylania, bo tam nikt mnie nie widział i nie oceniał, tam mogłam żyć na własnych warunkach i wyobrażeniach, być tylko częściowo, zachowując margines bezpieczeństwa na wypadek chęci ucieczki.
Pierwsza ławka… to nie zaszczytne miejsce przy stole, żeby nas ludzie widzieli. To pragnienie bycia bliżej stołu nie zastawionego na ucztę, ale stołu ofiary — stołu Jezusa , by widzieć Go lepiej, żeby nic i nikt mi Go nie przysłaniał.
To siadanie u Jego stóp jak Maria z Betanii.
To spoczywanie na Jego sercu jak Jan na ostatniej wieczerzy.
To łapanie Anioła Pańskiego za stopę, jak Jakub w noc zmagań.
To śpiewanie w duszy: „Być bliżej Ciebie chcę, o Boże mój”.
W pewnym momencie staramy się, by to bycie bliżej trwało nieustannie, przerastało bliskość fizyczną, ale trwało w codzienności pełnej obowiązków, rozproszeń i pokus. Podczas dnia i nocy, kiedy ciało śpi, ale serce czuwa dalej przy świetle.
Kiedy siedzimy blisko źródła światła, przestaje mieć znaczenie to, co jest za plecami, nawet, gdyby była to największa ciemność. Zapatrzenie na blask sprawia, że droga pośród mroku staje się prosta — jak w tunelowym widzeniu i skupieniu na celu. A kiedy celem staje się Chrystus, reszta się porządkuje.
Wielokrotnie słyszałam: Zajmij się Jezusem, On zajmie się tobą, twoimi problemami i trudem. Zajmij się Jezusem — źródłem światła. Przeniknięty nim staniesz się kryształem, przez który inni zobaczą jego blask. Już nie tylko w słowach (choć i te są bardzo ważne!), ale w działaniu.
A dla ciebie Jego światło stanie się źródłem życia, wszelkiej siły i dobra, które otrzymujesz, i które jesteś w stanie dać innym.
A gdy doświadczysz ciemności, kiedy zda ci się, że toniesz, a światło wokół gaśnie, w twoim sercu zawsze będzie się tliła iskra tego jasnego życia, zdolna rozpalić cię na nowo i rozpoznać Tego, który ją zaprószył. Wystarczy, że zrobisz krok w jej stronę, że złapiesz wyciągniętą ku tobie rękę i zrobisz pierwszy krok, gdy usłyszysz: „Pójdź za mną”. Przyjdą do ciebie inni, w których też rozbłyska Boży blask, wtedy oni wezmą cię za rękę i podprowadzą na właściwą ścieżkę. Ufaj. Bo kiedy „zawołasz, Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On rzeknie: „Oto jestem!”.”

